Pomysł rozmawiania o biznesie ze wspaniałymi kobietami powstał spontanicznie, ale spotkał się z ogromnym odzewem równie szybko, jak wykiełkował. Bo uczenie się i czerpanie inspiracji od tych, które z powodzeniem prowadzą swoje biznesy to świetny sposób na rozwijanie się i poszerzanie swoich biznesowych horyzontów.

Pozwala nie tylko spojrzeć na prowadzenie firmy jako na coś, co jest możliwe i osiągalne dla wielu kobiet, ale także daje szanse poznania ciekawych sposobów, które te kobiety wykorzystują na codzień, żeby rozwijać swoje firmy.

Zapraszam na kolejny wywiad z serii „szczęśliwe rozmowy o biznesie” z Sylwią Tomczyk, zupełnie niezwykłym tłumaczem przysięgłym.

wywiad kobieta w biznesie

 

Jak długo prowadzisz firmę i jak się zaczęła Twoja przygoda z biznesem?

 

Ponad 20 lat.

Od najmłodszych lat chciałam być tłumaczem języka angielskiego, przekładać na przykład książki i filmy, a że jestem niesamowicie upartym stworzeniem, udało mi się tego dokonać, choć nie było łatwo.

 

 

Czym się zajmuje Twoja firma?

 

Prowadzę jednoosobową działalność jako tłumacz przysięgły języka angielskiego.

Czasem przy większych gabarytowo i czasowo wymagających projektach współpracuję z innymi tłumaczami przysięgłymi, w tym m.in. z moją siostrą, podwójną tłumaczką włosko-francuską, czy kuzynem – tłumaczem niemieckiego.

Wykonujemy tłumaczenia uwierzytelnione na potrzeby klientów instytucjonalnych, państwowych i prywatnych oraz indywidualnych.

Są to przeważnie przekłady specjalistyczne z wielu dziedzin, takich jak prawo, sądownictwo, ekonomia, finanse, księgowość, bankowość, ubezpieczenia, medycyna, Unia Europejska, marketing i inne.

Zdarza mi się prowadzić również wykłady i ćwiczenia z translatoryki na uczelni, np. w Kolegium Języków Obcych oraz udzielać prywatnych lekcji dla zapracowanych biznesmenów (HR, język biznesu), lekarzy czy pielęgniarek (specjalistyczny język medyczny).

 

Opowiedz nam trochę o…

 

Często pytają mnie klienci, studenci, uczniowie i znajomi, jak skutecznie nauczyć się języka obcego.

Otóż dla każdego istnieje inna, zindywidualizowana metoda, uwarunkowana przede wszystkim:

1) stopniem motywacji – np. czy potrzebujemy języka obcego ogólnego, tylko dla potrzeb turystyczno-podróżniczych, czy raczej specjalistycznego w celach emigracyjnych,

2) czasem jakim dysponujemy – czy musimy się uczyć w szybkim tempie, bo np. matura/egzamin CAE za pasem, czy raczej planujemy się nauczyć języka w kilka lat, za to bez dużej presji, że termin wisi w powietrzu,

3) zdolnościami lingwistycznymi – jedni mają to szczęście, że przychodzi im łatwiej nauka języka, inni muszą nadrabiać systematycznością i wytrwałością,

4) obowiązkowością i sumiennością – czy odrabiamy systematycznie zadania pisemne i ćwiczymy wymowę, czy jesteśmy z tych, co odkładają na potem,

5) nakładami finansowymi – nauka języka kosztuje, chociaż w dobie internetu są też dostępne portale, oferujące za darmo różne materiały do nauki języków obcych, np. w ramach marketingu czy promocji.

Osobiście zaczynałam się uczyć angielskiego w latach 80. XX w., kiedy nie było płyt CD/video/audiobooków, internetu, skype’a, interaktywnych programów do nauki języków obcych.

Anglików czy Amerykanów szlajających się po mieście też jak na lekarstwo.

Toteż z braku możliwości wykorzystywałam to, co miałam pod ręką.

W wakacje wkuwałam słownik PL-EN Stanisławskiego np. w tym tygodniu słowa rozpoczynające się na D, w następnym na L. Na S i C musiało być zdecydowanie więcej czasu. sporo słów.

Albo chodziłam po domu czy ogrodzie i sprawdzałam, czy potrafię nazwać wszystko co widzę po angielsku.

Nie tylko: płot, ale: sztachetka, słupek, siatka, furtka.

Nie tylko okno, ale: klamka, szyba, parapet, szpros.

Serio 🙂

Uczyłam się z książek po mamie z LO z lat 60. (sic!

) Usiłowałam śpiewać i tłumaczyć teksty piosenek emitowanych w radio.

Gryzmoliłam wiersze (z odpowiednikami rymów częstochowskich) po angielsku.

Zaprenumerowałam sobie amerykański TIME International i na początku ze słownikiem w ręku sprawdzałam co drugie słowo.

Z czasem co piąte, aż słownik stał się niepotrzebny.

W pracy etatowej zarobiłam na lekcje prywatne.

Potem poszłam do Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych i na studia magisterskie z lingwistyki.

Rada, która mogę dać, a która zadziałała u mnie i u wielu z moich uczniów jak chodzi o naukę angielskiego: bombardowanie się językiem (jak najczęściej można) – oglądanie BBC News albo innych kanałów anglojęzycznych, słuchanie audiobooków na odpowiednim poziomie znajomości języka w danym czasie, oglądanie filmów bez lektora, za to z napisami, aż okażą się niepotrzebne, słuchanie piosenek w tym języku, próba tłumaczeń tekstów, kontakty z native speakerami (wirtualne i realne).

Nie dajmy się zwieść kuszącym ofertom typu „Język obcy w 30 dni”.

Cudów nie ma.

Trzeba na naukę języka poświęcić trochę czasu.

Lepiej krócej, ale za to codziennie.

Z doświadczenia nauczycielskiego mogę powiedzieć, że konsekwentne poświęcanie kilkunastu minut dziennie na język obcy daje więcej efektów niż rzadkie a długotrwale zrywy.

Wystarczy chociaż minimum 15-20 minut dziennie, w czasie jazdy samochodem (audiobooki), w kolejce do lekarza (aplikacje na smartfona z ćwiczeniami/słownictwem).

Pierwsze efekty (np. poradzenie sobie za granicą w sklepie, gdzie nie ma pomocnych Polaków) dodają skrzydeł i motywują do dalszej nauki.

 

Jak zdobywasz klientów? Co najlepiej działa w przypadku Twojego biznesu?

 

Głównie poprzez internet – wizytówki w sieci, lista tłumaczy przysięgłych na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, wizytówki w instytucjach i urzędach oraz rekomendacje przekazywane przez klientów innym osobom.

 

Jakie sposoby promocji kompletnie się w Twojej firmie nie sprawdzają?

 

Reklamy w prasie czy w formie billboardów, kalendarzy itp.

Z uwagi na fakt, iż moje usługi są bardzo specjalistyczne, klienci sami mnie znajdują, kiedy zaistnieje potrzeba sporządzenia dokumentu w formie poświadczonej.

 

Co było dla Ciebie dotąd największym biznesowym wyzwaniem i jak sobie z nim poradziłaś?

 

Podczas, gdy czuję się jak ryba w wodzie tłumacząc pisemnie, miałam spore problemy z wystąpieniami publicznymi podczas tłumaczeń na żywo (np. na konferencjach).

Zżerała mnie trema na kilka dni wcześniej i trakcie przekładu.

Ratowałam się nawet uspokajającymi tabletkami ziołowymi albo melisą.

Z czasem udało mi się to zwalczyć po swojemu.

Brałam zlecenia w mniejszych osobowo grupach – np. tłumaczenia ceremonii ślubnych lub ustne przekłady u notariusza.

Nadal rzadko przyjmuję takie zlecenia, ale to głównie dlatego, że jestem zasypywana pisemnymi.

Kiedy jednak zaistnieje taka potrzeba, nie czuję się już tak niekomfortowo jak kiedyś.

Jeśli w danej chwili nie przychodzi mi właściwe słowo do głowy, tłumaczę opisowo i stawiam na rozbrajający dowcip.

Nikt nie umie wszystkiego zawsze i wszędzie 🙂

 

Jakie jest Twoje ulubione narzędzie/ książka/podcast, który pomaga Ci w pracy/biznesie?

 

W pracy na co dzień wykorzystuję specjalistyczne oprogramowanie TRADOS Studio, należące do tzw. narzędzi CAT (Computer-Assisted Translation), którego pamięć tłumaczeniowa zawiera wszystkie teksty przełożone przez mnie od 2007 r., kiedy zakupiłam pierwszą wersję tego programu.

 

Co sprawia Ci największą radość w biznesie?

 

Największa satysfakcje dają mi trudne wyzwania, projekty, których inni nie chcą się podjąć, a mnie sprawiają niewiele trudności, bo akurat w danej dziedzinie czuję się jak ryba w wodzie.

 

Jaką cechę najbardziej cenisz/podziwiasz u innych?

 

Przedsiębiorczość handlową, tzw. głowę do interesów, inwestycji np. giełdowych, i zacięcie techniczne, bowiem takich cech u mnie nie uświadczysz …

 

Co Cię motywuje do działania, kiedy naprawdę Ci się nie chce?

 

Rzadko miewam chwile lenistwa.

Rodzina i znajomi generalnie uważają, że określenie mnie mianem leniwca stanowiłoby oksymoron.

Kiedy trochę mi się nie chce (z reguły z niewyspania, czy zbyt dużego obłożenia), to sobie przypominam, że jestem w tej 3.5% grupie szczęśliwców na świecie (kiedyś przypadkiem natknęłam się na takie statystyki), którzy robią to co kochają i kochają to, co robią.

 

Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?

 

Po pierwsze to, że potrafię się od 20 lat utrzymać sama, prowadząc działalność zarówno na rynku lokalnym (powiat Wodzisławski, woj. śląskie), ogólnokrajowym (współpracuję na zasadzie korespondencyjnej z kilkunastoma dużymi biurami tłumaczeń w Polsce), czy międzynarodowej (sprawy współrodaków w krajach UE, USA i innych anglojęzycznych destynacjach), przy fluktuującej koniunkturze, bez konieczności dodatkowego zatrudnienia np. w oświacie czy innej firmie, jak większość tłumaczy przysięgłych.

Po drugie, że mogę prowadzić biuro w domu, przez co mój grafik jest bardzo elastyczny i daje dużą swobodę modyfikacji i synchronizacji z życiem prywatnym.

 

Czy prowadzenie biznesu coś w Tobie zmieniło? Jeśli tak, to co?

 

Stałam się osobą pewną siebie, potrafiącą stawiać czoła wyzwaniom, radzić sobie w sytuacjach stresowych, załatwiać różne sprawy na swoje potrzeby oraz innych osób na poziomie skomplikowania, którego wcześniej nie potrafiłam ogarnąć.

Teraz uznaję, że nie ma rzeczy nie do załatwienia, tylko trzeba sprawdzić, gdzie/do kogo uderzyć.

 

Jaką jedną najważniejszą radę dałabyś innym kobietom, które prowadzą swoje firmy?

 

Nie poddawać się, nawet jak wygląda, że odniesiemy porażkę.

Jeśli jesteśmy przekonane co do linii naszego biznesu, mamy do czegoś predyspozycje/talent/ żyłkę/pasję, to zawsze można coś zmienić, żeby było lepiej/efektywniej, poszerzyć/zawęzić zakres działalności, zasięgnąć fachowej porady i w perspektywie długofalowej sukces się pojawi.

 

Masz jakiś swój ulubiony cytat/motto?

 

Multum, jak przystało na lingwistę 🙂

Ulubione to:

„Dobry tłumacz jest jak markowe wino – im starszy tym lepszy”

oraz

„Wybierz pracę, którą kochasz, a nie będziesz musiał pracować nawet przez jeden dzień w swoim życiu.”

 

A Twoje życie poza biznesem?

 

Mam mnóstwo zainteresowań, jedyny problem to brak czasu, żeby je realizować w stopniu, w jakim bym sobie życzyła (mam tendencje to pracoholizmu „dla dobra ludzkości”).

Dwie obecnie absorbujące mnie pasje to motocyklizm (jeżdżę chopperem, konkretnie Yamaha Virago) i taniec (aktualnie tango argentyńskie, choć zdarza się salsa i bachata).

Staram się w ramach możliwości połączyć obie, przykładowo jeżdżąc na maratony tangowe, czy milongi na motocyklu.

Spotkałam w środowisku tangowym kilkunastu podobnych pasjonatów i mamy razem w planach stworzenie takiej grupy – tangueros jeżdżących razem np. po europejskich miastach na milongi w ramach wakacji.

Uwielbiam również podróże, dalekie i bliższe, urządzam od kilku lat własny ogród, robię ikebany, projektuję i wykonuję własne ubrania do tańca i różne kobiece akcesoria.

W „wolnych” chwilach gram na pianinie lub gitarze albo śpiewam (karaoke).

 

Gdzie można Cię znaleźć? Masz swoje miejsce w sieci?

 

Buduje się aktualnie moja nowa strona http://www.lancelot.com.pl.

W planach ma być bardzo oryginalna i interaktywna, niecodzienna, na ile mogę sobie pozwolić w tak poważnej profesji oczywiście.

 

 

 

Dziękuję  za podzielenie się swoją biznesową historią!

Życzę mnóstwo szczęścia w życiu i biznesie!

 


Dziękuję, że znalazłaś czas na przeczytanie tego wywiadu. .

Jeśli zechcesz podzielić się swoimi wnioskami w komentarzu, będzie mi bardzo miło.

Nie zapominaj, że dużo ciekawych informacji znajdziesz w grupie na Facebooku, do której Cię serdecznie zapraszam.

Lubisz prezenty?

Kliknij TUTAJ i korzystaj do woli!

Wszystkiego szczęśliwego!


ZAPISZ SIĘ DO SZCZĘŚLIWEGO NEWSLETTERA
WYŚLĘ CI W PREZENCIE PORADNIK
„JAK SZYBKO I TANIO ZDOBYWAĆ KLIENTÓW”